Cały tydzień w jednym wpisie to z pewnością zbyt mało, żeby oddać piękno, naturalną prostotę i niezwykłość Gruzji, w której razem z 15 dziewczynami zanurzyłyśmy się dzięki Martynie z Gruzji i jej wyprawie „The best of Gruzja”. Od kanionów po stepy, od majestatycznego Kazbeku do tętniącego życiem Tbilisi, zaprawione obfitą gruzińską kuchnią i okraszone żywiołowym temperamentem naszych gruzińskich przyjaciół – wszystko to tworzy wyjątkową mieszankę przygody, której szczegóły na długo pozostaną w pamięci.
Wtorek, 17 maja
Tej nocy nie śpię, bo jadę na lotnisko do Krakowa. Jestem spakowana jak zwykle w niebieski plecak i po tym właśnie plecaku rozpoznaje mnie Zuzia, pierwsza osoba z naszej grupy, którą poznaję na żywo. Obydwie półprzytomne po nocy w drodze lub na lotnisku relacjonujemy swoje ostatnie podróże i już wiem, że będziemy się dobrze dogadywać. Resztę dziewczyn z tego samego lotu z Krakowa poznajemy tuż przed wejściem do samolotu.

Lot do Gruzji trwa 3,5 godziny, a na miejscu przestawiamy zegarki na 2 godziny do przodu. Czas w Gruzji ma jednak drugorzędne znaczenie, bo nikt się tutaj nie spieszy. Czekamy więc w długiej kolejce do odprawy paszportowej, następnie pod sklepem Silknetu z kartami SIM, a jeszcze inne dziewczyny czekają do banku, żeby wypłacić pieniądze. Jeszcze poczekamy długo na opóźniony lot z Warszawy, którym miała przyjechać reszta grupy. Widocznie im też włączył się tryb Georgia „maybe time”.

Na lotnisku czeka już na nas słynna Martyna z Gruzji i jej pies Bigu. Rozpoczynamy nasz pobyt w Gruzji od toastu i chaczapuri, czyli placka z serem. Chaczapuri będzie towarzyszyć nam odtąd codziennie, podobnie jak gruzińskie wino. Ja konsekwentnie wychylam toasty wodą, która tutaj jest wyśmienita. Jeśli widzieliście kiedyś zielone butelki z napisem Borjomi, to ta mineralna woda jest właśnie stąd.
Wkrótce pokonujemy drogę z lotniska do Kutaisi samochodami terenowymi z wypożyczalni Martyny i od razu doświadczamy miejscowej kultury jazdy. Znaki drogowe są tylko informacją, a zapinanie pasów to zbędna formalność. Kierunkowskazy są niezbyt popularne, ponieważ głównym systemem porozumiewania jest klakson, którym można przekazać wiele wiadomości: uwaga, wyprzedzam pod górę; jestem szybszy, ustąp mi pierwszeństwa; cześć, jak się masz?; jak jedziesz, baranie? Przez jakiś czas jesteśmy w szoku, ale powoli przekonujemy się, że nasi kierowcy wiedzą, co robią.

Jaskinia Prometeusza leży blisko Kutaisi – nieco ponad 20 kilometrów na północny-zachód od centrum miasta. Wchodzimy do środka razem z inną grupą i przewodniczką, która mówi po gruzińsku i angielsku, a także zna wiele polskich zwrotów. Opowiada nam o ogromnych korytarzach, z których niespełna 1,5 kilometra jest udostępnione od 2011 roku dla zwiedzających. W jaskini utrzymuje się stała temperatura rzędu 14 – 15°C, więc jest przyjemna o każdej porze roku. Podziwiamy imponujące stalagmity i stalaktyty, a także naturalnie utworzone kolumny. Schodzimy ponad 40 m pod ziemię, a im dalej się zagłębiamy, tym wyższe jest sklepienie jaskini. W środku płynie nawet podziemna rzeka i można po niej zrobić rejs łódką, ale według opinii innych nie jest to warte zachodu.

Wracamy do Kutaisi, żeby zakwaterować się w hotelu Magnolia (i złapać choć pół godziny drzemki). Stamtąd ruszamy na wieś, na gruzińską suprę, czyli tradycyjną biesiadę z toastami i wyborną, lokalną kuchnią. Odwiedzamy typowy gruziński dom z piecem opalanym drewnem, w którym pieką się kukurydziane placki w glinianych miseczkach, szaszłyki na długich szpikulcach oraz oczywiście chaczapuri.

Zanim nastąpi uczta, nasz gospodarz oprowadza nas po winnicy i zapoznaje z tradycją produkcji domowego wina w glinianych amforach zakopanych w ziemi. Reszta wieczoru to wielka biesiada pełna warzywnych przystawek oraz mięsnych dań głównych, przeplatana niezliczonymi toastami pitymi z kieliszków, rogu, a nawet chochli. Po pierwszym wieczorze wiemy już, kim jest tamada, czyli wodzirej, jaki jest system wznoszenia toastów i jakie obowiązkowe dania pojawiają się na stole. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć 😉 Ja przeżyłam, bo piłam tylko wodę 😛

Środa, 18 maja
Po kilku godzinach snu jesteśmy w miarę doprowadzeni do użytku i nowych przygód. Tego dnia jedziemy do kanionu Okatse, gdzie wędrujemy po metalowych platformach na wysokości prawie 100 m nad ziemią, podziwiając przepiękną zieloną roślinność, przypominającą niemal dżunglę.



Przenosimy się potem w rejon wodospadów i dalej eksplorujemy kanion. Spacer wzdłuż strumyka to wesołe przygody z wodą: a to ktoś nie wycelował w kamień i wpadł do wody, a to but ugrzązł w mule… Jednak komu by to przeszkadzało w taki piękny, słoneczny dzień?



Na koniec dnia czeka na nas kolacja w rodzinnej winiarni Tomy, którzy założyli ją w swoim domu na miejscu dawnego garażu. Tutaj oprócz wina wjeżdża też mocny alkohol, zwany czaczą, również wytwarzany z owoców. Jeśli pijecie alkohol, upewnijcie się, że czacza pochodzi z zaufanego źródła, żeby uniknąć zatrucia i niepożądanych objawów!

Jeszcze tego samego wieczoru wybieramy się w drogę do Tbilisi, stolicy kraju. Z Kutaisi to 3,5 h jazdy samochodem. Jesteśmy zmęczeni, ale dobre humory w drodze nadal dopisują.
Czwartek, 19 maja

Budzimy się w hostelu Fabrika, dynamicznym hipsterskim centrum młodzieżowym miasta. Oprócz pomieszczeń noclegowych w dawnym budynku poradzieckiej szwalni znajdują się tutaj sale konferencyjne, przestrzenie do pracy zdalnej, bary i kluby oraz przestronne tarasy przy pokojach. Niedaleko też do centrum miasta i restauracji.


Naszym przewodnikiem po mieście i niemal do końca wyprawy jest Gruzinka Mari, która studiowała w Polsce i mówi do nas po polsku. Przemiła dziewczyna, która opowiada z entuzjazmem o Tbilisi, w którym sama mieszka i oprowadza nas tego dnia po najważniejszych obiektach.

Tbilisi stało się stolicą Gruzji w V wieku, kiedy to król Wachtang Gorgasali rozbudował Tbilisi i wzniósł w nim swój pałac, kierując się zamiarem przeniesienia tu stolicy z Mcchety (o tym mieście będzie później). Nazwa Tbilisi pochodzi od licznych gorących źródeł w okolicy, a w samym mieście jest zdecydowanie cieplej, niż w innych miejscach w kraju.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć z naszego spaceru po mieście.











Tbilisi jest pełnym ciekawych zaułków miastem, które zaledwie dotknęliśmy podczas jednego dnia. Jedna dziewczyna z naszej grupy zdecydowała zostać dłużej po wycieczce i zwiedzić je dokładniej.
Piątek, 20 maja
Z samego rana jedziemy na północ tzw. gruzińską drogą wojenną w stronę granicy z Rosją. W samym Tbilisi niemal ciagle są korki, ale największym zaskoczeniem był na trasie korek… z owiec.

Do widoku krów przy drodze i swobodnie pasących się świń już przywykliśmy w okolicach Kutaisi. Zwierzęta są wyprowadzane na pastwiska na cały dzień i przed zmrokiem same wracają do domu. Kierowcy muszą uważać na krowy, bo snują się bezpardonowo po całej szerokości. Ale jadąc w góry napotkaliśmy ogromne stada owiec, które pasterze pędzili w wyższe partie gór, dla ochrony przed upałem. Owce zalały całą drogę i nawet trąbienie nie pomagało, żeby je wyprzedzić. Z trudem powoli przedzieraliśmy się naprzód, mijając po boku drogi kolumny ciężarówek z Armenii, oczekujących na przejazd przez granicę.



Gruzińska droga wojenna to bardzo malowniczy odcinek prowadzący w wysokie góry. Nie sposób nasycić się widokami po drodze, a kiedy skręcamy w dolinę Truso, to zachwytom nie ma końca. Są tutaj kontrastowe krajobrazy przypominające różne kraje świata oraz opuszczone wioski. Przejeżdżamy wąskimi żwirowymi drogami, koła nieraz boksują w błocie, jak przystało na offroad, a kulminacyjnym momentem jest przejazd przez rzekę. Woda zalała prawie całą maskę, ale przejechaliśmy.







Tuż przed końcem dnia dojeżdżamy do Stepancmindy, zwanej także Kazbegi, miejscowości leżącej u stóp góry Kazbek (ponad 5 tysięcy m n.p.m.). Góra zanurzona jest w chmurach, ale na następny ranek jest zapowiadana dobra pogoda. Nasz nocleg znajduje się w Gergeti, wiosce po drugiej stronie doliny. Tutaj w górach jest dużo chłodniej i między Tbilisi a Stepancminda mamy jakieś kilkanaście stopni różnicy. Przed zmrokiem pada śnieg. Witamy w górach w maju.
Wieczór kończymy oczywiście tradycyjną kolacją i szalonym karaoke (ja odpuszczam, bo desperacko potrzebuję snu).
Sobota, 21 maja

Dobrze było w końcu położyć się spać wcześnie i obudzić się w sam raz na widok wschodzącego słońca nad górami. Cieszę się z krótkiego spaceru i bezchmurnego nieba, które zwiastuje piękny widok na Kazbek.

Podjeżdżamy samochodami do klasztoru oglądanego wczoraj z tarasu widokowego i stąd widać już Kazbek jak na dłoni. Niestety sam wierzchołek nadal tonie w chmurach, ale mimo to widok jest imponujący.

W Gruzji nie występuje organizacja taka, jak GOPR, dlatego górskie wspinaczki na Kazbek mogą być niebezpieczne ze względu na znaczne nachylenie stoków. Od 2017 r. w bazie Meteo (Betlemi Hut) na wysokości 3653 m npm. w sezonie od czerwca do września utrzymywany jest stały dyżur ratowniczy złożony z polskich wolontariuszy. Przedsięwzięcie to działa pod nazwą Bezpieczny Kazbek i jest realizowane przez fundację Medyk Rescue Team.

Wracamy gruzińską drogą wojenną na południe i zatrzymujemy się przy kilku miejscach, których nie odwiedziliśmy wczoraj, wśród nich pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej, punkt widokowy i ośrodek narciarski w Gudauri. Nadal mamy imponujące widoki na góry, robi się coraz cieplej, chociaż na szczytach możemy zobaczyć śnieg. Przy drodze przy zboczach gór przyklejone są krótkie tunele, które wykorzystywane są w zimie przy silnych opadach śniegu, kiedy droga może być nieprzejezdna.

Omijamy Tbilisi obwodnicą i jedziemy kawałek na wschód, a następnie skręcamy w drogę na południe do Udabno, wioski tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Po drodze mijamy plantacje migdałowców, jezioro solne, a już niebawem zaczynają się kolejne najpiękniejsze krajobrazy Gruzji – bezkresne stepy.

Udabno to oaza spokoju, gdzie wsiąkamy na 2 dni i czeka nas niczym nie zmącony spokój. Gospodarze postawili drewniane domki dla turystów, a w głównym budynku prowadzą bar, odbywają się warsztaty kulinarne kuchni gruzińskiej, wieczorne koncerty pieśni gruzińskich i można też wypożyczyć konie. Wszystkie te atrakcje smakujemy powoli, odpoczywając pośród ogromnych przestrzeni.


W programie mamy jazdę konną i kurs gotowania. Jesteśmy podzielone na grupy i pierwszego dnia kilka osób wybiera się na przejażdżkę konną po stepach, część gotuje tradycyjne potrawy, a reszta ma wolne. Kolejnego dnia się wymieniamy. Dzisiaj ja i koleżanki wsiadamy na konie. Tylko jedna z nas, Julia, trochę jeździła konno, a reszta z nas nie, więc mamy kilka słów wyjaśnienia, jak trzymać wodze i sterować koniem. Resztę mają robić zwierzaki, które są podobno bardzo posłuszne i spokojnie idą jeden za drugim. Tak się rzeczywiście okazuje i nasza godzinna przejażdżka jest niemęczącym spacerem w stronę nieodległej granicy z Azerbejdżanem.



Wieczór w Udabno kończymy koncertem pieśni gruzińskich, wykonywanych przez nasze gospodynie potężnymi głosami. Jesteśmy pod wrażeniem, ile pieśni Gruzini znają. Niemal każdy z naszej ekipy przewodników potrafił zaśpiewać lub zagrać na jakimś instrumencie. My, Polacy, także nie pozostajemy w tyle i śpiewamy nasze piosenki ludowe, ja akompaniuję na pianinie, które się tam znalazło. Ognisko i ogrom gwiazd widocznych gołym okiem na niebie – tak zastaje nas pierwsza noc na stepie.

Niedziela, 22 maja
Przed nami największa przygoda tej wyprawy – offroad po stepach. Bez zasięgu i nawigacji, po nowej trasie, którą kierowcy jeszcze nie jechali, gubiąc się i odnajdując, podążając szlakami pasterzy i ich owiec, gdzieś pomiędzy Gruzją a Azerbejdżanem… Ruszamy!






Przejazd przez stepy w stronę Signaghi zajął nam jakieś ponad 3 godziny, więc nieco dłużej, niż planowaliśmy, ale była to jedna z najlepiej wspominanych atrakcji wyjazdu.

Signaghi, malowniczo położone na wzgórzu miasteczko w rejonie Kacheti, jest promowane jako miasteczko miłości i zakochanych. I jest w tym trochę racji, bo panorama widoczna z drogi dojazdowej przywodzi na myśl włoskie miasteczka, a region obfitujący w winnice i wino uwalnia romantyczną atmosferę. Dotatkowe emocje można zapewnić sobie zjeżdżając do miasteczka tyrolką.

Historia nieszczęśliwej miłości z Signaghi to historia malarza prymitywisty Niko Pirosmaniszwiliego, żyjącego w XIX wieku. Zakochany we francuskiej tancerce artysta wydał wszystkie pieniądze zarobione na sprzedaży swoich obrazów w Moskwie na milion purpurowych róż, niestety tancerka nie zauważyła jego gestu. Malarz pozostał biedny do końca życia, a doceniony został dopiero po śmierci.




W Kacheti czeka nas także degustacja wina w lokalnej winnicy, gdzie właściciel przedstawia nam znane już obyczaje i zasady gruzińskiej biesiady oraz prezentuje około dziesięciu gatunków wina z różnych regionów Gruzji. Kacheti to najbogatszy region Gruzji, pokryty setkami hektarów winnic, szczycący się tradycją sięgającą kilku tysięcy lat w wytwarzaniu wina za pomocą tradycyjnych metod, polegających na używaniu naczyń kvevri.


Wracamy dosyć późno na stepy i czas na naszą kolej gotowania. Kinga, Polka, która zamieszkała razem ze swoim mężem Polakiem właśnie w tych stronach, prowadzi warsztaty kulinarne razem z gruzińskimi kobietami, które nie tylko pięknie śpiewają, ale i fantastycznie gotują. Przygotowujemy mięsne placki kubdari (ja dostaję bryłkę sera na chaczapuri), lobio – czerwoną gotowaną fasolę z usmażoną cebulką i czosnkiem oraz pyszne przystawki z marchewki i buraka.




Poniedziałek, 23 maja
Żegnamy piękne stepy i niestety też dobrą pogodę. Droga powrotna do Kutaisi będzie skąpana w deszczu. Ale mamy jeszcze kilka ważnych historycznych miejsc do obejrzenia, więc nie zwlekamy.

Udajemy się do Mcchety, pierwszej stolicy Gruzji. Mccheta leży blisko Tbilisi i jest to jedno z najstarszych miast Gruzji. Aż do XIX wieku była miejscem koronacji i pochówku gruzińskich władców. Zanim wjedziemy do miasta, podziwiamy je z góry spod klasztoru Jvari. Od 1994 r. historyczne zabytki Mcchety, na czele z monastyrem Jvari, katedrą Sweti Cchoweli oraz klasztorem Samtavro znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.




Jadąc dalej w stronę Gori mijamy na razie miasteczko narodzin Józefa Stalina i udajemy się do Uplisciche, skalnego miasta, jednego z najstarszych ośrodków miejskich na Kaukazie. Obecnie opostoszałe, było niegdyś zamieszkiwane przez 20 000 mieszkańców. Przebiegał tędy Jedwabny Szlak i handel odbywał się również za pomocą rzeki. Przypuszcza się, że odbywał się tutaj kult słońca w czasach przedchrześcijańskich, o czym świadczą okrągłe otwory w suficie komnaty królowej Tamary czy krąg ofiarny na podłodze.
W IV wieku n.e. dynamiczny rozwój Mcchety, a później również Tbilisi, czyli nowych centrów chrześcijańskiego życia, zmniejszyły popularność Uplisciche. Najazd Mongołów w XIV w. , a następnie trzęsienie ziemi w 1920 r. zniszczyło w większości skalne miasto.




Skalne miasto, a następnie Gori zwiedzamy w deszczu. Gori, leżące niedaleko od granicy z separatystyczną republiką Osetii Południowej, zostało dotkliwie zbombardowane podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku. Obecnie zostało odnowione i jest zupełnie bezpieczne.

W Gori zatrzymujemy się jedynie na chwilę przy budynku Muzeum Stalina, które akurat w poniedziałki jest zamknięte. W mieście panuje kult Stalina, zupełnie niezrozumiały dla reszty świata, którego niechlubna sława z pewnością nie zasługuje na pomniki czy uwielbienie. Muzeum nie będzie zatem przedstawiało obiektywnie prawdy historycznej. Obiekt znajduje się w parku imienia Stalina, gdzie pod specjalnie dobudowanym dachem dostępny jest mały domek, w którym urodził się Stalin. Tutaj przeniesiono też pomnik, wcześniej umieszczony w centrum miasta.


Przed wieczorem dojeżdżamy do Kutaisi. Nasz ostatni nocleg w Gruzji spędzamy w Gelati, u podnóża imponującego klasztoru, w domu gościnnym. Ostatnia pożegnalna supra odbywa się w zabytkowym 160-letnim wiejskim domu. Nie brakuje jak zwykle jedzenia i picia, towarzyszy nam męska gruzińska kapela, a zmarzniętych ogrzewa ogień z kominka.

Wtorek, 24 maja
Wycofałam się z wczorajszej supry odpowiednio wcześnie, więc mogłam zerwać się rano przed śniadaniem na spacer do klasztoru Gelati. Okolicę spowijała mgła, a wzdłuż krętej drogi ciągnęły się murowane koryta na wodę, przez co cały krajobraz kojarzył mi się z lewadami na Maderze.

Monastyr Gelati został założony w 1106 roku. Przez długi czas monastyr był jednym z głównych kulturalnych i intelektualnych ośrodków w Gruzji. Znajdowała się w nim akademia, która skupiała gruzińskich naukowców, teologów i filozofów. Z powodu rozległej działalności Akademii Gelati, współcześni jej ludzie nazywali ją „nowa Grecja” lub „drugie Athos”. Do naszych czasów w monastyrze przetrwały freski i manuskrypty pochodzące z XII–XVII w.



Po śniadaniu żegnamy się z częścią naszej grupy, która wylatuje do Warszawy i Krakowa. Zostajemy w małej grupce z dziewczynami, które lecą do Wrocławia lub zostają jeszcze kilka dni w Gruzji. Do Kutaisi zabiera nas Bogdan, ojciec Martyny z Gruzji, który zamieszkał w Gruzji 2 lata temu i pracuje razem z córką w wypożyczalni samochodów. Pozostawia nas w centrum Kutaisi na samodzielne zwiedzanie, a spotykamy się później w czasie obiadu.



W centrum miasta znajduje się oczywiście targ i tutaj rzuca się nam w oczy bogactwo owoców i warzyw, pieczołowicie poukładanych na stosy według wielkości. Pełno też serów sulguni, które już kupiliśmy na drogę do domu.

Osobliwością Kutaisi jest katedra Bagrati, który do 2017 roku znajdował się na liście UNESCO, został jednak z niej zdjęty przez samowolne prace wykończeniowe.


Najlepszym posiłkiem na zakończenie wyjazdu okazuje się ten zjedzony w niepozornym barze przy ulicy Lermontowa 18. Z początku wątpię, czy zupa wołowa lub gulasz, które wydają się jedynymi pozycjami w menu, będą odpowiednie dla mnie, ale znajduje się też lobio, świeży ser, znana już sałatka pomidorowo-ogórkowa, wszystko mocno przyprawione ostrą papryką. Ziejemy ogniem długi czas, ale to najbardziej prawdziwy i intensywny smak Gruzji.

Nie pozostaje już nic innego, jak pożegnać Kutaisi. Jeszcze chwilę kluczymy po mieście po ostatnie zakupy trunków i zaraz stamtąd udajemy się na lotnisko.

Nie wyjeżdżamy jednak tak szybko, bo nasz samolot ma godzinne opóźnienie. Georgia maybe time na pełnej.

Wracamy do Polski późno w nocy i rozstajemy się z dziewczynami we Wrocławiu. Ja zostaję na noc hostelu niedaleko dworca i do domu wracam następnego dnia. Na osłodę zostają mi czurczhelle (orzechy zatopione w soku winogronowym lub z granatu) i suszone płaty z soku z granatu oraz solidna bryła sera sulguni.

Gruzja pozostawia mnie z wielką tęsknotą: za smakami, za ludźmi, za dzikimi przestrzeniami bez ingerencji człowieka, za prostym życiem bez rywalizacji o pieniądze. Zdecydowanie jest to kraj, który warto odwiedzić więcej, niż raz.
___________
Więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/ocfZJxtorSeoQvBG9
Mapa miejsc: https://goo.gl/maps/29LqBR8VYxRdUQJu8
Wycieczka: https://martynazgruzji.pl/the-best-of-gruzja-2021/
Koszt wycieczki na stronie: 740 EUR
Bilety z WizzAir i WDC: 690 zł
Ubezpieczenie podróżne Axa: 29 zł
Dodatkowe posiłki w ciągu dnia, zakupy: 45 EUR
Karta SIM: 45 zł
Razem wszystkie koszty (w tym bilety lotniskowe, nocleg w hostelu): 4590 zł
Dalsze inspiracje: https://bartekwpodrozy.pl/category/azja/gruzja/